Czas na świadectwo – s. Eligia
Dziękuję Tobie, o Panie, dziękuję za miłość Twą. Dziękuję za powołanie, które dałeś mi.
Mam prawie 78 lat życia, 58 lat życia profesją zakonną w naszym Zgromadzeniu Córek Matki Bożej Bolesnej. Kocham moje Zgromadzenie. Dziękuję, że mnie przyjęło i że mogę być siostrą serafitką. Wiem, że otrzymuję ogromne wsparcie od wspólnoty zakonnej. Pragnę popatrzeć z tej perspektywy na przebyty dotąd szlak i podzielić się z siostrami wdzięcznością za niezasłużony dar.
Oto panorama rozpoznawania głosu powołania, znaki, które odczytywałam jako Boże prowadzenie: Najpierw – dziecięce pragnienie, które obudziło się, gdy uczestniczyłam
w uroczystości ślubów wieczystych Sióstr Franciszkanek w Laskach Warszawskich. Wtedy – mając 8 lat – poważnie oświadczyłam ku uciesze zebranych, że będę franciszkanką. Potem – zbieranie na łące kwiatków do sypania w czasie oktawy Bożego Ciała i medytowanie, co też mogą znaczyć słowa: On się nam daje cały, z nami zamieszkał tu. Dla Jego Boskiej chwały życie poświęćmy Mu. Od dzieciństwa moje serce pociągał Jezus – Hostia. Dalej – wakacyjny pobyt z tatą i braćmi w Kalwarii Pacławskiej, gdzie przejęła mnie prostota i gościnność Ojców Franciszkanów. „Podglądanie” Sióstr Karmelitanek w Przemyślu na Tatarskiej, gdzie tato prowadził nas na Mszę świętą wcześnie rano tłumacząc, że tam żyją osoby całkowicie oddane Bogu (miałam12 lat).
Następnie konkurs rysunku w czasie rekolekcji dla dzieci w Albigowej i otrzymany świecący krzyżyk. Rosnące pragnienie oddania się Bogu i jakże dziecinne rozeznawanie: Dobry Boże, ja pragnę, ale słyszałam, że ważne jest, czy Ty pragniesz. Czy pragniesz? Obiecuję, że jeśli to będzie Twoje pragnienie, to oddam Ci jako wotum mój świecący krzyżyk. Po kilku latach rzeczywiście zostawiłam go w kościele św. Krzyża w Krakowie. W siódmej klasie – przyjmując sakrament Bierzmowania – otrzymałam obrazek ze św. Franciszkiem, którego obejmuje Chrystus ukrzyżowany. Wywarł na mnie duże wrażenie i od tego czasu zaczęłam poznawać i kochać świętego Franciszka.
Jako uczennica liceum ogólnokształcącego w Łańcucie, w czasie sierpniowej pielgrzymki do Kalwarii Pacławskiej, jako harcerka pomagałam Ojcu Brunonowi Pawłowiczowi OFMConv, który świadczył pomoc medyczną pielgrzymom. Ojciec robił opatrunki, a ja roznosiłam leki. Pamiętam wieczór, kiedy szliśmy do chorej osoby. Z wielkim przejęciem odważyłam się powierzyć mój sekret: Ojcze, ja pragnę iść do zakonu. Serce mi biło, zdawało mi się, że drzewa przestają oddychać, ale ojciec nawet się nie zatrzymując popatrzył ciepło i powiedział: To trzeba iść. Pomyślałam: Tak prosto? W latach liceum chętnie stawałam w kościele w Łańcucie blisko ławki sióstr – właśnie Serafitek.
Rok przed maturą spędzałam dwa tygodnie wakacji w Łodygowicach koło Żywca. Mieszkałam u starszej pani pod lasem. Codziennie rano szłyśmy na Mszę świętą do kościoła parafialnego. Tam spotkałam siostry Serafitki – i to kilka naraz. Były na wakacjach u rodziny: s. Aleksandra i s. Celzja, s. Jadwiga, s. Wanda. Siostry były serdeczne, naturalne. Podobały mi się i zapragnęłam być w takim Zgromadzeniu. Był to dla mnie następny znak. W drodze powrotnej do domu odwiedziłam nasz klasztor w Oświęcimiu, gdzie wstępowała właśnie Małgosia Mędrzak – s. Dąbrówka. Patrzyłam na figurę Piety w ołtarzu i myślałam: „Tutaj. Tak, tutaj.:
Po roku, zdawszy maturę, pozostawiłam średnią szkołę muzyczną w Rzeszowie, do której już byłam przyjęta oraz możliwość studiowania medycyny, podarowałam koleżankom kolekcję widokówek oraz zakopiański sweter i dnia 6 sierpnia 1966 roku przyjechałam do Oświęcimia. Rozpoczęło się nowe życie, którego uczyłam się dzień po dniu i dotąd się uczę. Weszłam na duchową drogę, jak na wijący się szlak górski, na którym oczyszczało się, umacniało i dojrzewało moje powołanie.
Czy było łatwo? Nie. Ale nie spodziewałam się, że będzie łatwo. Umieranie starego człowieka zawsze boli, ale dzięki niemu może rodzić się ten nowy. Bywały słoneczne widoki, radość, nadzieja, rozległe doliny posług i prac. Zdarzały się burze, obite kolana, deszcz, a po nim tęcza. Czasem była też mgła lęku i niepewności. W miarę lat rodziła się cisza i umacniało zaufanie, że Pan dobrze to uczynił, że wszystko było potrzebne, włączone w drogę do zjednoczenia z Nim. Krok po kroku umacniało się poczucie sensu
i pewność, że codzienność – taka, jaka jest – jest najlepszą przestrzenią kontemplacji Jego miłości i szkołą miłości bliźniego. Ufam, że dana mi teraz łaska starości i ta błogosławiona codzienność, to moje przygotowanie do … nieba.
Moje powołanie jest dla mnie tajemnicą. Chyba coraz większą. Ksiądz Jan Twardowski pisał o swoim powołaniu kapłańskim: Jadę z innymi tramwajem, biegnę z innymi ulicą; nadziwić się nie mogę swej duszy tajemnicą.
Te słowa odnoszą się również do konsekracji zakonnej – mojej konsekracji zakonnej.
s. M. Eligia Nycz
Kraków, maj 2026