Czas na świadectwo – s. Sara

Kiedy myślę o swoim powołaniu, uśmiecham się… Sercem przenoszę się do kilkunastu lat wstecz, kiedy po raz pierwszy usłyszałam i zobaczyłam na własne oczy zaproszenie Pana Boga do innego życia, innego świata… Wydaje mi się, że to było po raz pierwszy, choć tak naprawdę trudno mi określić datę, dzień. To zaproszenie mogło być już bardzo dawno temu, ale ja tego nie widziałam, albo raczej… nie chciałam widzieć.
Wychowałam się w rodzinie, gdzie Pan Bóg był obecny w naszym życiu. Często o Nim słyszałam, poznawałam Go dzięki moim Rodzicom i starszym siostrom. Lata mijały, pojawił się we mnie młodzieńczy bunt, różne sytuacje, bardzo trudne w moim życiu spowodowały, że oddaliłam się od Pana Boga, nie chciałam być blisko Niego, nie chciałam być blisko Osoby, Która pozwoliła na cierpienie, ból i stratę… Zaczęłam za ogrom zła w moim życiu obwiniać Pana Boga.
Mimo tego bólu i pretensji do Niego paradoksalnie byłam wtedy najbliżej Niego. Uczęszczałam na KSM, codziennie uczęszczałam na Mszę św, udzielałam się w Kościele przy parafii. Były to lata gimnazjalne. Chciałam od Niego uciekać, bo miałam żal i poczucie zostawienia – a im bardziej uciekałam, tym bardziej wpadałam w Jego Ramiona.
W tym czasie wielkiego bezsensu i cierpienia stawiał na mojej drodze ludzi, którzy bardzo mi pomogli, a ja dzięki nim – posłanym przez Boga na nowo zaczęłam Go kochać.
W Liceum nadal udzielałam się przy Kościele, w grupach parafialnych, a i codzienna Eucharystia była dla mnie priorytetem każdego dnia. Wtedy zaczęłam czytać Dzienniczek s. Faustyny, Dzieje Duszy św. Tereski i zaczęło we mnie kiełkować zachwyt życiem zakonnym. Jednak bardzo głośno chciałam uciszyć ten zachwyt i ciekawość życia konsekrowanego. Bardzo wiele sytuacji, wiele zdarzeń, słów i namacalnie usłyszenie przez Kapłana podczas spowiedzi, że będę nieszczęśliwa w świecie dawały mi odczuć, że Pan Bóg zaprasza mnie na tę drogę, drogę krzyża i drogę zmartwychwstania w życiu zakonnym. Kiedy uświadomiłam sobie to, przeraziłam się. Zaczęłam modlić się, żeby Pan Bóg zabrał którąś z moich sióstr, usprawiedliwiałam się, ze one są bardziej pobożne, posłuszne i poukładane… Wyjechałam za granicę, by uciec przed Nim. Ale przed Nim i przed Jego Wolą, nie da się uciec. Dosięgnie wszędzie.
Któregoś wieczoru powiedziałam, szukałam w internecie zgromadzeń zakonnych założonych przez bł. O. Honorata na regule św. Franciszka. Miałam już wcześniej styczność z bł. O. Honoratem – był bliski mojemu sercu. Znalazłam, Córki Matki Bożej Bolesnej – ss. Serafitki. Napisałam wiadomość. Do dziś pamiętam jak Siostra odpisała: „ chcemy Ci pomóc” – cytat wyrwany z wiadomości, ale to były słowa, które do mnie przemówiły. Jak obce osoby, siostry, które mnie nie znają, nigdy mnie nie widziały chcą mi pomóc???? To było niepojęte. Dlatego do dziś mam taki sentyment do tej Siostry i wiem, jestem przekonana, że Nią też posłużył się Pan Bóg. Wróciłam do Polski, spotkałam się z Siostrami i wstąpiłam do Zgromadzenia Córek Matki Bożej Bolesnej. W 2019 roku złożyłam śluby wieczyste.
Wiele rzeczy ominęłam, nie da się wszystkiego obrać w słowa, nie da się przelać pół życia na papier. Dzieła Boże są niepojęte, nie da się ich zmierzyć, porównać, wytłumaczyć. Po prostu są. Moje powołanie ciągle żyje, czasem jestem w stanie usłyszeć co Pan Bóg chce mi przekazać, czasem się z Nim rozminę, przegapię, ale wiem, że On Jest. Jestem szczęśliwą serafitką i dziękuję Bogu za Jego Miłość, że mi zaufał, podarowując mi skarb w tak nikłym naczyniu. Niech On będzie uwielbiony za każdą Osobę, Którą stawia na mojej drodze.
S. Sara