Czas na świadectwo – s. Symeona

Pokój i Dobro!
Piszę to wspomnienie o odkrywaniu mojego powołania, ponieważ ja sama kiedyś usłyszałam świadectwo, które zapoczątkowało zmianę w moim życiu. Nade wszystko jednak pragnę zaświadczyć, że Bóg walczy
o człowieka, jednocześnie szanując jego wolę i że w codziennym życiu można usłyszeć JEGO GŁOS- GŁOS, którego gdzieś w głębi swej duszy nie można już zapomnieć. A przecież „[…] nie możemy przestać mówić o tym co sami widzieliśmy i słyszeliśmy od Jezusa” /Dz. 4,20/
W mojej historii nie będzie spektakularnych wydarzeń. Raczej w miarę spokojne życie w domu rodzinnym upływające na nauce, obowiązkach, codziennych radościach i smutkach. Rodzice od najmłodszych lat prowadzili mnie do kościoła i dbali o religijne wychowanie. Wrosłam więc w tradycję religijną, jednak bez większego zrozumienia tego, co się dzieje. Przyszedł jednak moment (chyba to był początek liceum), kiedy zapragnęłam przynależeć do wspólnoty. Z zazdrością patrzyłam na młodzież z parafialnej oazy, jak po niedzielnej Mszy Świętej spotykają się na wspólnych rozmowach przeplatanych wybuchami śmiechu. Wraz z moją koleżanką odważyłyśmy się więc pójść na pierwsze spotkanie…i już tam pozostałyśmy. Do dziś jestem wdzięczna Panu Bogu za tamtą wspólnotę i kapłanów ją prowadzących. Na spotkaniach uczyłam się bowiem rozmyślać nad Słowem Bożym i wchodzić w głębię liturgii, przez co Bóg stawał mi się coraz bliższy. Zaczynałam dostrzegać, że mogę się modlić poprzez prostą rozmowę z Bogiem – bez formułek modlitewnych. Wtedy jednak jeszcze nie myślałam o życiu zakonnym…choć teraz widzę, że Bóg już mnie zapraszał… ale ja jeszcze Go nie słyszałam. Momentem, który rozpoczął we mnie wewnętrzną walkę o powołanie (bo była to dla mnie walka) były rekolekcje oazowe, na których ksiądz podzielił się świadectwem o odkrywaniu swojego powołania. Nie pamiętam, żeby mówił coś nadzwyczajnego, ale w moim sercu (ku mojemu zdziwieniu) spontanicznie wybuchł okrzyk: „ja też tak chcę!” I teraz widzę, że od tamtej pory zaczynało się we mnie coś zmieniać…Ale nieraz „chcieć” a „działać” to długa droga… I tak było tym razem. Nie powiedziałam o tym pomyśle rodzinie. Nosiłam to pragnienie w sercu. Jednak coraz wyraźniej zaczęłam słyszeć GŁOS, którego nie potrafię nawet opisać i którego barwę noszę w sobie do dziś. On zapraszał mnie do pójścia dalej…do zrobienia czegoś więcej…do oddania Bogu swego życia. Dziś jestem pewna, że był to GŁOS BOGA: bardzo delikatny, ale promieniujący ogromną mocą. Głos pociągający swą tajemnicą, a jednocześnie jasny i klarowny. Napełniający ciepłem i pokojem , a jednocześnie nie dający spocząć. Docierał do najgłębszego miejsca we mnie… i powracał… ciągle powracał nie dając o sobie zapomnieć. Przychodził przez słowo drugiego człowieka, przez różne sytuacje przynoszące konkretne pytania. Największym trudem było dla mnie pozostawić rodziców i rodzeństwo. Doskonale pamiętam moment, kiedy wieczorem leżąc już w łóżku i patrząc na obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa w swym sercu walczyłam ze wspomnianym GŁOSEM. Łzy ciekły mi z oczu. I w końcu spontanicznie powiedziałam: „Skoro chcesz, abym poszła do zakonu to TY zaopiekuj się moją rodziną. Tobie ją oddaję” I wierzę, że tak jest… W końcu (w wielkim skrócie) z Bożą pomocą (naprawdę Bóg mi pomógł) wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Serafitek w Jubileuszowym roku 2000. Nie wiem nawet kiedy minęło już ponad 25 lat…
To, co opisałam to wielki skrót zawierający trzy ważne dla mnie momenty: wspólnota oazowa, usłyszane świadectwo i wypowiedzenie mojego „ ja … chcę”, oraz zawierzenie mojej rodziny Bożej opiece. Ale małych cudów świadczących o pomocy i wsparciu ze strony Pana Boga było więcej i nie sposób je wszystkich opisać. Zresztą, zawsze dobrze jest zostawić rąbek tajemnicy 😉
W moim życiu zakonnym są różne chwile: radosne i trudne, chwile gorliwej służby, ale także i kryzysu. Ale przez cały ten czas uczę się rozpoznawać Bożą Obecność w codzienności. Nawet pisanie tego świadectwa pozwoliło mi zobaczyć pewien symbol, którego wcześniej nie dostrzegałam. Wyczytałam bowiem, że moje zakonne imię –Symeona- można tłumaczyć m.in. jako „słuchający” lub „wysłuchany”. Czyż nie jest to zadziwiający związek z GŁOSEM, który usłyszałam w swoim życiu? Może dla kogoś to nic nadzwyczajnego, ale dla mnie to znak, że Pan ma dla mnie plan ;). Przez odkrywanie nawet najmniejszych śladów działania Boga – zwyczajne życie staje się niezwyczajne.
Życzę wszystkim czytającym tę historię, aby w swym życiu usłyszeli i odpowiedzieli na
GŁOS MIŁUJĄCEGO BOGA. Bo wtedy wszystko się zmienia…Amen!

s. Symeona Plesz